- Co się z nami dzieje w Gdyni?

Maciek.

baltyk gdynia III liga, 16. kolejka: 19.11.2016 r. godz. 15:00  jarota jarocin
BAŁTYK Gdynia 0-1 Jarota Jarocin
2. połowa
  0-1 J. Czapliński gol 50'
57' in K. Garczewski out M. Młynarczyk    
58' in D. Klecha out K. Rzepa    
    K. Stolarczyk zk 64'
    A. Janowski zk 77'
    D. Pawlak out P. Skokowski in 84'
85' zk F. Sosnowski    
    K. Łukaszyk zk 88'
     A. Janowski out M. Dunaj in 89'
90+1' zkczk F. Sosnowski    
90+3' zk P. Karasiński    
    D. Piróg zk 90+3'
     A. Janowski out M. Dunaj in 90+4'
     
Matysiak - Szopiński, Karasiński, Proena, Wesołowski, Rzepa, Sosnowski, Młynarczyk, Kuzimski, Bejuk, Ruszkul   Zolech – Ludwiczak, Garbarek, Piróg, Stolarczyk, Czapliński, Grobelny, Janowski, Molewski, Pawlak, Łukaszyk,
Zapis relacji live

ZAPOWIEDŹ | HISTORIASKRÓT | BRAMKAGALERIA [Paweł] |


RELACJA


Bałtyk Gdynia przegrał z Jarotą Jarocin 0:1 (0:0). Gola dla gości strzelił Jakub Czapliński (50'). Jego dośrodkowanie wylądowało za plecami Marcina Matysiaka. To trzecia porażka z rzędu w Gdyni. Liczyliśmy na zwycięstwo, na utrzymanie lidera, na bramki. Nic z tych rzeczy dziś się nie wydarzyło. Zagraliśmy słabo i tylko do siebie możemy mieć pretensje. 

Pierwszy kwadrans był bardzo obiecujący. W 8. minucie po składnej akcji przed szansą stanął Tomasz Bejuk. Jego strzał obronił bramkarz, ale pojawiła się jeszcze okazja na poprawkę. Bejuk wyłożył piłkę Piotrowi Ruszkulowi i ten miał tylko trafić obok dwóch stojących na linii bramkowej obrońców. Niestety, to, co wydawało się bułką z masłem, okazało się trudniejsze do wykonania i musieliśmy obejść się smakiem. To były jedyne dwa celne strzały w pierwszej połowie. Przez kolejnych kilka minut akcje nam się kleiły, ale brakowało wykończenia.

Po naszym dobrym kwadransie do głosu doszli goście, którzy od czasu do czasu potrafili powymieniać kilka podań na naszej połowie. Jedyne, ale za to konkretne zagrożenie jakie stworzyli, to strzał głową po rzucie rożnym, który zatrzymał się na poprzeczce.

Poza tymi opisanymi sytuacjami nic ciekawego się nie działo. Jarota nie potrafił nam zagrozić, ale i my również nie stwarzaliśmy sytuacji bramkowych. Przespaliśmy blisko 30 minut. Mieliśmy kłopoty z przedostaniem się pod pole karne. Mając piłkę, zespół Jaroty przebywał całą jedenastką na swojej połowie i mieliśmy ogromne problemy z przekazaniem piłki w okolice bramki. Nie szło ani krótkimi podaniami, ani długimi. Dopiero w końcówce pierwszej połowy doczekaliśmy się kolejnego zrywu. Po rzucie rożnym gości przeprowadziliśmy kontrę, po której Mateusz Kuzimski głową strzelił obok bramki. Po chwili ten sam zawodnik próbował szczęścia strzelając z dystansu, ale brakowało jakości.

W piątej minucie drugiej połowy nieoczekiwanie tracimy bramkę. Zupełnie niegroźna sytuacja. W polu karnym mamy przewagę sześciu na trzech. Dośrodkowanie jednak ląduje w bramce. Szok. Konsternacja. Trudno tu mówić o strzale, ale do statystyk trzeba tak to zaliczyć. Tak więc był to pierwszy celny strzał na naszą bramkę i od razu wylądował w siatce. Tak samo było dwa tygodnie wcześniej, gdy pierwszy celny strzał rezerw Lecha również trafił do bramki, zaś drugi dał im zwycięstwo.

Było jasne, że Jarota się cofnie, a my będziemy musieli głowić się, jakim sposobem doprowadzić do remisu. W 62. minucie byliśmy najbliżej gola wyrównującego. Po rzucie wolnym Arkadiusz Proena trafił w poprzeczkę. Zaraz potem Dominik Klecha tak uderzył z dystansu, że bramkarz ratował się broniąc nogami. W drugiej połowie przeprowadziliśmy tylko dwie akcje, gdzie po wymianie podań rysowała się jakaś nadzieja. Raz Krzysztof Garczewski wycofał piłkę do Bejuka, którego strzał został zablokowany, a w drugiej kolejności Kuzimski wymienił podanie z Filipem Sosnowskim i uderzenie z dystansu tego pierwszego minęło światło bramki.

Cierpieliśmy. To nie były huraganowe akcje. To nie była nawałnica z gradem sytuacji. To pojedyncze zrywy. To oczywiste, że mieliśmy przewagę, ale to goście mieli korzystny wynik i skutecznie wybijali nam z głowy strzelenie bramki. Przyjezdni raz na jakiś czas próbowali nas drugi raz ukąsić i wcale nie byli bez szans. Bałtyk grał nerwowo, przez co błędy się kumulowały. Było jeszcze wystarczająco czasu, by poszukać gry dołem, by rozruszać jarocińską defensywę i poszukać dziury, ale brakowało nam spokoju. Za szybko wbijaliśmy piłkę w pole karne. Po sytuacji, gdy Proena uderzył w poprzeczkę, zbytnio uwierzyliśmy, że taka sytuacja może jeszcze raz się powtórzyć. Mieliśmy siedem rzutów wolnych z okolicy linii środkowej i za każdym razem graliśmy długą piłkę w pole karne. Jarota wchodził praktycznie całą jedenastką pod pole karne i należało dostarczyć najpierw piłkę po ziemi bliżej pola karnego, a dopiero wtedy szukać mocnego dośrodkowania. Byliśmy bezradni. W ostatnich minutach dwie żółte kartki otrzymał Filip Sosnowski i końcówkę graliśmy w osłabieniu (przy wymuszeniu rzutu karnego raczej nie ma mowy o faulu).

Bałtyk przegrał trzeci mecz z rzędu. Czy po wygranej w Chwaszczynie zgubiła nas zbytnia pewność siebie? Gdyby Ruszkul trafił na początku, to być może drużyna Jaroty by śmielej zaatakowała, odkryła się i by nam się łatwiej grało, a może nawet udałoby się strzelić drugiego gola. Nie ma jednak co gdybać, bo gdyby babcia miała wąsy, to by była dziadkiem. To znów nam pokazało, jak ważna jest skuteczność w sytuacjach stuprocentowych. Potem nasza gra siadła. Jakbyśmy wyczekiwali drugiej połowy, w której zwykle „jakoś to będzie i się strzeli”. Tak było w czterech przypadkach, gdy strzelaliśmy gole po zmianie stron i te mecze wygraliśmy 1:0. Kiedyś to się musiało skończyć. Fuksiarska bramka Jaroty i zrobił się ogromny kłopot. Pośpiech i nerwy były złym doradcą. Kolejny wniosek, że w pierwszej połowie trzeba wykazać więcej aktywności. Jarota postawił w Gdyni głównie na grę defensywną licząc na pojedyncze wypady pod nasze pole karne. Plan zrealizowali, bo to oni sięgnęli po trzy punkty. Swój cel w zasadzie realizowali od samego początku. Kiedy tylko mogli, nawet w pierwszej połowie, czy to przy rzucie rożnym, czy rzucie wolnym, kradli czas. Średnio od 35 do 45 sekund trwały wznowienia gry. Nie pomylimy się, jeśli napiszemy, że Jarota na ten element gry poświęcił około siedmiu minut.

Ostatni raz trzy porażki z rzędu w Gdyni miały miejsce cztery lata temu – w pierwszym sezonie po spadku. Jesienią 2012 przegraliśmy 0:3 z Gwardią, 1:2 z Kotwicą i 0:2 z Cartusią. Jakże inaczej by wyglądała tabela, gdyby nie ta strata 9 punktów. Najwidoczniej, jeszcze nie jesteśmy gotowi, by samodzielnie, z przewagą kilku punktów okupować fotel lidera. Dokładnie mecze będziemy analizować w grudniu, ale porażka z Vinetą nie miała prawa się wydarzyć. Lech II nas załatwił w ostatnich dziesięciu minutach. Dziś farfocel nas pogrążył. Koniecznie trzeba poprawić grę ofensywną w Gdyni. W ciężkich momentach musimy potrafić stawić czoła problemom. Nie ma tu przypadku, że w Gdyni nie strzeliliśmy więcej niż jednego gola i że tylko jeden z nich miał miejsce w pierwszej połowie.

Dziś jest za wcześnie, aby mówić o tym, by czasem tak straconych punktów nam nie zabrakło. Po drodze gdzieś los się do nas uśmiechnął (np. Przodkowo), a później los był po stronie rywala. Jednak nie można wszystkiego pokładać w szczęściu i przypadkowości. Przed nami dużo pracy, aby na poważnie i realnie myśleć o awansie. Dziś lider, jutro siódme miejsce. Naszych pięciu rywali wygrało mecze, Lech II zremisował. Tylko my przegaliśmy z czołówki. Przed nami jeszcze dwa spotkania, w których trzeba zagrać na 120%. Dopiero wtedy będzie można myśleć o przyszłości. Wygrywamy razem, cieszymy się razem. Przegrywamy razem, smucimy się razem. Jedziemy na tym samym wózku. My, jako kibice, również przegraliśmy w sobotę. Znów była nas garstka. Łudziliśmy się, że uda się zebrać 300 osób. Grał lider i nie miało to wpływu na frekwencję. Jak więc mamy myśleć o zebraniu 500 na Elanę?