PP: To są jakieś jaja! [relacja]

Maciek.

Wstyd! Bałtyk przegrał 0:1 w Kamienicy Królewskiej i odpadł z wojewódzkiego Pucharu Polski. Jedyny gol padł w 52. minucie meczu, a jego autorem był Filip Ustowski. Wydawało nam się, że po puchar mkniemy autostradą, wszak na trasie zostały same drużyny znacznie niżej notowane. Liczyliśmy, że wszystkich gładko wyprzedzimy i na finiszu podniesiemy trofeum w Wejherowie. Niestety, tak różowo nie było. Czasem trudno sobie wyobrazić, jak można mieć wypadek na autostradzie, gdzie nie ma żadnych skrzyżowań i po prostu leci się przed siebie. Bałtyk jednak pokazał, że jest to możliwe. Zasnął za kierownicą. Ostatni raz wojewódzki Puchar Polski zdobyliśmy w 1999 roku. Za rok zapewne znów nic z tego nie będzie. Nie nadajemy się do tych rozgrywek. Tym samym nie dla nas Puchar Polski, Liga Europy i Liga Mistrzów. Kamienica Królewska za mocna na aspirujący do II ligi Bałtyk.

Nie ma co ukrywać, ale skoro po drugiej stronie stała drużyna grająca dwie klasy niżej, to bez żadnego lekceważenia, tak najzwyczajniej w świecie liczyliśmy, że awans będzie osiągnięty w najspokojniejszy sposób z dotychczasowych. W drodze do ćwierćfinału zawsze mieliśmy jakieś drobne kłopoty i w Kamienicy żywiliśmy nadzieją, że gładko załatwimy sprawę. A że nie będzie tak, jak byśmy sobie tego życzyli, gospodarze oznajmili nam o tym w 39 sekundzie, gdy oddali pierwszy groźny strzał. Później, takie uderzenia z ich strony oglądaliśmy jeszcze dwukrotnie. Bałtyk przeważał, prowadził grę, ale sytuacji bramkowych nie przybywało. Tylko jeden raz w pierwszej połowie mogliśmy liczyć na strzelenie gola, ale w decydującym momencie przeszkodzili sobie Atanacković i Ruszkul.

Druga połowa zaczęła się od mocnego dzwonu ze strony Kamienicy. Po dalekim podaniu bramkarza machnął się Szopiński, który zdołał dogonić rywala z piłką, jednak nasz prawy obrońca w bardzo łatwy sposób dał się ograć i Skrypoczka musiał wyciągać piłkę z siatki. Pozostało zapytać: gdzie się podział stary dobry Szopiński z początku sezonu, gdy był pewniakiem na prawej obronie. Dziś musimy się martwić, aby do meczu w Wolinie do zdrowia wrócił Tomasz Wypij.

Biliśmy głową w dobrze ustawiony mur Kamienicy. Na pierwszy dobry strzał czekaliśmy 65 minut. Kuzimski trafił w słupek (podawał Garczewski). Kumacie to? Ponad godzina czasu na pierwszy cios z piątoligowcem! Przed szansą bramkową stanął również Sosnowski, ale jego strzał głową dobrze obronił golkiper (78’).

W 82. minucie mogło być już po wszystkim. Z nieprzyjemnym strzałem z rzutu wolnego nie poradził sobie Skrypoczka, ale na szczęście przy dobitce stanął na wysokości zadania.

Trzecia nasza okazja również była nieskuteczna, Strzał Garczewskiego obronił bramkarz, a Kuzimski po raz kolejny w tym sezonie zmarnował wyborną sytuację. Zabrakło zimnej krwi. W świetle bramki pozostał tylko obrońca gospodarzy, który ratował sytuację wślizgiem i Kuzimski właśnie trafił w jego nogi. Sytuacja była dynamiczna, ale podejrzewamy, że dwa lata temu Mateusz by to zamienił na bramkę. Jakaś wcinka, spokojne uderzenie…

Kamienica wytrwała do końca, dzielnie i skutecznie się broniła. Nasza kompromitacja stała się faktem. To miało być spokojne spotkanie okraszone kilkoma bramkami, a my nawet jednego gola nie byliśmy w stanie strzelić piątoligowemu zespołowi. Miejscowi wiedzieli, że nie mogą iść na wymianę ciosów, że to może ich zniszczyć fizycznie. Postawili więc na szczelną defensywę i szukanie kontrataków. Taktyka okazała się skuteczna. Bałtyk popełnił błąd, który został wykorzystany i zrobiło się bardzo nieciekawie.

Gospodarze niczym niepokojeni na rozgrzewkę wyszli na zupełnym luzie na kwadrans przed rozpoczęciem meczu. Dwie zmiany przeprowadzili w pierwszej połowie. Mylił się każdy, kto pomyślał, że wysiądą kondycyjnie. Nie opadli z sił, a jeśli opadli, to nie dali znać po sobie. Kamienica była również dobrze przygotowana pod względem fizycznym. Gra ciało w ciało wiele razy sprawiała nam kłopoty. Staraliśmy się grać piłką. Skutek był najczęściej kiepski. Sytuacji mieliśmy niewiele, ale jedną z nich Kuzimski musiał zamienić na bramkę.

Najgorsze jest to, że nie było widać na boisku różnicy dwóch klas rozgrywkowych. Świadczyć to może o tym, że mamy kiepską ławkę rezerwowych. Szanse dostali Szopiński, Garczewski, Klecha, Młynarczyk, Atanacković i Buławski. Grał jeszcze Poręba. Te nasze chudziny nie miały momentami szans w grze siłowej. Jeśli tylko mamy jakieś problemy kadrowe, to od razu to widać na boisku. W Skolwinie brakowało Sosnowskiego, Ruszkula i szybko straciliśmy Zyskę. W Toruniu graliśmy bez Zyski i Bejuka. W rezultacie zdobyliśmy tylko jeden punkt. Musimy modlić się o zdrowie i o chłodne głowy naszych podstawowych zawodników, by nie złapać jakiejś głupiej kartki, która mogłaby wykluczyć z gry.

Mocno nas jeszcze zastanawia, czemu poza kadrą znaleźli się Rzepa i szalejący w rezerwach Gulczyński. Właśnie w takim meczu Rzepa ze swoim gazem mógłby zrobić różnicę na boisku. Tymczasem po raz drugi skrzydłowy znajduje się poza kadrą…

Teoretycznie piątoligowców powinniśmy wciągać nosem, do przerwy aplikując ze dwie bramki, a po zmianie stron poprawiając wynik. Pucharowe spotkanie pokazało, jaką wartość ma nasza cała drużyna. Kilka roszad w składzie i jest kiepsko. Do końca sezonu mamy sześć ligowych spotkań. Nasze nadzieje na końcowy sukces wczoraj zostały mocno nadszarpnięte. Ten fakt będzie trwać do momentu, kiedy zapomnimy choć na chwilę o wczorajszej porażce. Drżymy na myśl o meczach z Jarotą, Lechem II czy Gwardią. Ale na początku wcale niełatwy wyjazd do Wolina. Oby zimny prysznic w Kamienicy Królewskiej wyszedł nam na dobre.

Dodaj komentarz


Kod antyspamowy
Odśwież